sobota, 5 maja 2012

Wycieczka do Warszawy cz. 2

Następny dzień jakże przecudownej wycieczki zaczęliśmy śniadaniem, któremu nie warto więcej miejsca w internecie poświęcac. Po posiłku, gdy wyszliśmy na zewnątrz uderzył nas ożywczy powiew lodowatego, niezbyt czystego powietrza Warszawy. Jeśli ktoś był wtedy śpiący (a było parę takich osób) to natychmiast stolica zafundowała mu niezbyt miłą pobudkę. Wyruszyliśmy (nie wszyscy zbyt świeży i nie chodzi mi tu o zapach tylko o stan umysłu) w dalszą drogę zastanawiając się jaką to niespodziankę zgotowały na tym razem wychowawczynie. Co bardziej pesymistyczni twierdzili, że to będzie coś o czym nigdy nie zapomnimy do końca życia nawet usilnie się starając zapomniec. Nie zawiedli się oni, bo jak inaczej można opisac przejażdżkę w dwie strony jedną linią metra warszawskiego. Na dodatek ten sam kurs wybrał sobie świadek Jehowy (albo jakiejś innej sekty) do poszukiwania nowych wyznawców. Po objechaniu w poprzek (przecież inaczej się metrem w stolicy nie da) Warszawy poszliśmy do Centrum Kopernika. To co się dało obejrzec w góra 2 godz. my oglądaliśmy przez 4 godz. Nawet Filip się nudził, co było sporym zaskoczeniem ponieważ Filip nie nudzi się nigdy. Po tym kontakcie z Kopernikiem przyszedł czas na to aby wracac. Znaczy się było jeszcze troche czasu, a nawet dużo ale najwyraźniej Warszawa nie miała jużnic ciekawego do pokazania (to co do tej pory oglądaliśmy też nie bylo ciekawe, aczkolwiek podobał mi się osobiście Pałac Kultury; w końcu sowiecka myśl budowlana, towarzysz Stalin byłby dumny gdyby go zobaczył). Aby spożytkowac pozostały do odjazdu pociągu czas zawitaliśmy do Zlotych Tarasów. Pominę tą wizytę, ponieważ nie ma o czym pisac. Po spożytkowaniu czasu nam pozostałego ruszyliśmy pelni nadziei na dworzec. Nadzieję szybko straciliśmy po wejściu, a raczej wciśnięciu się do zatłoczonego przedziału. Wolałbym jechac na dachu, przynajmniej zażyłbym świeżęgo powietrza, jakże brakującego mi w Warszawie. Nie chcę opisywac podróży, bowiem nie obyło by się to bez paru przykrych, dosadnych słów. Podsumowywał tej wycieczki także nie będę, niech każdy sobie ją podsumuje jak chce.


Trzecia Fy w Wawie

Wycieczka do Warszawy

   W dniach  26-27 stycznia wyruszyliśmy na wycieczkę do Warszawy. Już od początku zapowiadała się ona znakomicie ze względu na środek transportu z rodzimego Krakowa do stolicy. Jak się może domyślasz Drogi Czytelniku korzystaliśmy wtedy z niewątpliwych uroków podróży liniami PKP. O dziwo do Warszawy dotarliśmy mniej więcej o godzinie podanej w rozkładzie jazdy (mniej więcej oznacza nie tak późno jak się spodziewaliśmy) Od razu po przybyciu na miejsce zaskoczyła nas przyjazna i ciepła (w końcu tylko -15 C) aura stołecznego miasta. Po wyjściu z dworca od razu skierowaliśmy się do galerii handlowej zwanej "Złote Tarasy". Zostawmy jednak tę bądź co bądź najciekawszą cześć wycieczki.Potem skierowaliśmy się do Pałacu Kultury po drodze wysłuchując mniej lub bardziej (częściej mniej) ciekawych faktów o Warszawie. Gdy dotarliśmy do Pałacu natknęliśmy się na wystawę o Leonardzie da Vincim (do dziś się zastanawiam co on ma wspólnego z Warszawą).Po zwiedzeniu ekspozycji wjechaliśmy na szczyt Pałacu Kultury (dziwię się, że nie kazali nam wchodzić po schodach). Przemarznięci i zmęczeni marzyliśmy tylko o spektakularnym zakończeniu wycieczki na przykład rzucając się z góry. Niestety pomysł z góry skazany na niepowodzenie ponieważ na górze umieszczono kraty niepozwalające nikomu wyskoczyć (może ktoś już próbował i dlatego wstawili). Jednak miałem tu wycieczkę opisywać. Po zwiedzeniu Pałacu Kultury i Nauki poszliśmy zwiedzać Stare Miasto, którego  zwiedzić się nie dało, ponieważ zostało kompletnie zniszczone przez hitlerowców w czasie II wojny światowej. Po obejrzeniu nieistniejącego miasta obraliśmy kurs na Muzeum Powstania Warszawskiego. Klasa zaczęła się buntować, aczkolwiek protesty nie wniosły nic konstruktywnego (weź tu przekonaj nauczyciela, że ci nogi odpadają i tak dalej). Muzeum jak na tematykę w nim zawartą bardzo nowoczesne i eksponatów brak; ot samolot i parę karabinów na krzyż. Aż dziw że tak dużo miejsca to muzeum zajmuje. Jednak niektórym podobało się przechodzenie przez imitację kanałów. Wreszcie ok. 22:00 po 10-godzinnej męce zawitaliśmy do miejsca odpoczynku. Nawet nie do końca wiadomo jak ten budynek nazwać. Pominę milczeniem ten etap naszej wyprawy, bowiem naprawdę nie ma o czym pisać. O drugim odcinku napiszę w następnej części bo to ostatni moment, w którym mogę ten tekst logicznie na dwie części przedzielić.